czwartek, 31 października 2019

Liście, listki, listeczki....na zabawę.

Cóż za dziwny miesiąc. Sama nie wiem co się dzieje. Wszędzie liście. W ogrodzie było ich tyle, że od machania grabiami coś mnie "łupie" w krzyżu, a że lata swoje już mam, to trzyma i puścić nie chce. Za oknem mojego bloku liście leżą sobie na trawnikach i nikomu nie przeszkadzają. Nawet ładnie to wygląda. Tak ECO i naturalnie. Może ktoś w końcu pomyślał o jeżach, których latem sporo tu widziałam. Byłoby fajnie. Najpiękniej wygląda teraz nasz Starogardzki park, który przeszedł, jak to się szumnie nazywa, rewitalizację. Fakt, trwało to sporo czasu, ale efekt jest znakomity. Jak mi się uda zrobić dobre zdjęcia,  pokażę go Wam wiosną, kiedy obudzi się z zimowego snu. Nasza Anulka również w zabawie karteczkowej wymyśliła sobie temat liści na karteczkach październikowych.  Poczyniłam więc zgodnie z wytycznymi dwie karteczki. Pierwsza kartka na chrzciny. Są listki? Są.


Podoba mi się format sztalugowej kartki więc takową poczyniłam.


Pudełeczko zrobiłam według kursiku Ani (Nawanna), która w jasny sposób pokazuje jak je zrobić.  Sami zobaczcie.



Drugą kartkę zrobiłam trochę w pośpiechu, gdyż czasu było mało. Kartka dla młodego leśnika, który jest również sokolnikiem i opiekunem watachy wilków w naszych Borach.





Ponoć młodemu kartka się spodobała.
 Wykorzystam również okazje by pokazać wam kartkę z liściem, która zrobiłam osobiście na naszych zmaganiach warsztatowych w Toruniu. Przyznam, że żmudna to była praca i bardzo precyzyjna, ale za to ile satysfakcji. 


Jestem bardzo zadowolona, że Ela pokazała nam jak to się robi. 
He, człowiek całe życie się uczy. 
Kolaż i banerek do zabawy poniżej. 



Jak zwykle u mnie na ostatnią chwilkę. Jakoś wyrobić mi się ciężko, jednak gdyby nie Ani zabawa, chyba nie umiałabym się zmobilizować. Mam nadzieję, że zabawa potrwa dalej. Dzięki niej działam.
 Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie. 














sobota, 26 października 2019

... by wciąż nam się chciało.

Może nie będę tym razem ostatnia, może uda mi się choć raz dobiec na metę na miejscu innym niż ostatnie. Mam na myśli oczywiście złożenie Wam relacji, krótkiej relacji, z kolejnego już spotkania na szczycie. Grupa G8 w składzie DEDMOJAH, na swój zlot wybrała bardzo pilnie strzeżone, na skraju wojskowego poligonu  miejsce w Toruniu. Otoczone lasami dawało nadzieję 
na bezpieczne i spokojne przeprowadzenie rozmów oraz szkolenia z zakresu umiejętności manualnych w różnych technikach rękodzielniczych,  poszerzenie wiedzy o panujących stosunkach w grupie oraz wzajemne wsparcie techniczne 
i psychologiczne .
  Szkolenie jak widzicie bardzo fachowe i bardzo ważne. Po rozlokowaniu się grupy w bazie, przyznaniu kwater,  zaopatrzeniu w prowiant i niezbędne środki ,


przyszła kolej na część nieoficjalną szkolenia. No i się zaczęło.
Kochani na stół wjechały paczuchy, paczki i paczuszki. Każda z nich zawierała odrobinę serca. Rany ile tego się nazbierało. Takie widoki to tylko na święta Bożego Narodzenia pod choinką można zobaczyć i to tylko w dużych rodzinach i pod warunkiem, że wszyscy byli grzeczni. 


Serducho podskakiwało do gardła z wrażenia i odbierało głos. 
Dopiero po zażyciu "kropel wzmacniających" udało mi się odzyskać równowagę i głos. Po chwilach radosnego uniesienia, przyszła jednak kolej na prawdziwe szkolenie. Ogromny stół zapełnił się wszelakim dobrem przydasiowym. Aż dziw bierze, że w tym galimatiasie znajdowałyśmy to, co potrzebne do pracy.


O matulu. Wykładały same mistrzynie. Na pierwszy ogień, szkolenie z zakresu machania ostrym narzędziem zaopatrzonym w nici. Miałyśmy trafić w dziurki mniejsze niż pchła i to na chybił trafił, bo oświetlenie słabiutkie nam zafundowali. Ciężko było okrutnie, jako że większość posługiwała się drugą parą oczu.
Kolejne szkolenie to połączenie paćkania, prasowania i zgniatania. Tak, tak najpierw żelazko, a potem zgniatanie. Chyba niezbyt logiczne co nie? Kursant nie pyta, kursant pracuje. Pod wnikliwym spojrzeniem Pani D, udało się prawie wszystkim zaliczyć szkolenie. Niestety ja oblałam. Byłam na wagarach. 

Do kolejnego jednak już się przyłożyłam w obawie, że mnie wyleją z kursu, albo co nie daj Bóg wypiszą z grupy. 
Tym razem Pani E. zarzuciła nas wielokolorowymi paseczkami. Siedziałyśmy tak godzin kilka i zwijałyśmy je, jak te świstaki. Na dodatek wręczyła karbownicę.  No wiecie co? Dotychczas myślałam, że tym narzędziem to się loki i fale robi na głowie, ale nie, na paseczkach też można. Z tego całego zwijania i klejenia papierowych pasków na sztorc( nie łatwa to sztuka) jakoś tak jesiennie się zrobiło. Opadły kolorowe liście klonu i dębu.
Mistrzyni zaliczyła wszystkim prace.


Sami zobaczcie jaki efekt przyniosło to nasze posiedzenie. Całkiem fajny urobek zwłaszcza, że wszystkie techniki owego rękodzieła dość czasochłonne i precyzyjne były.


 Jeśli myślicie, że to wszystko, to jesteście w błędzie. Dziewczynom było mało i mało. Posilając się "kropelkami wzmacniającymi", z premedytacją zmuszały ręce do wysiłku, nie dając im wytchnienia ani na moment. Machały czółenkami i szydełkami, że ja oczopląsu dostawałam obserwując ich działania. Musicie koniecznie to zobaczyć. Wystarczy odwiedzić blogi DanusiAni, EliMarysiJustynkiDorotki i Oli
 Żeby nie było, że siedziałyśmy tylko  popijając i zajadając smakowitości, w które nas zaprowiantowano. Sztab szkoleniowy zorganizował nam również marsz na orientację. Kierunek Stare Miasto. Z dotarciem do celu nie było większego problemu, bo przecież co niektóre to stare harcerki i drogę na azymut znajdą. Urokliwe miejsca, piękne budowle, klimatyczne zakątki. Słowem Toruń zachwyca. Kto nie był,  musi tam zawitać. 



Było spotkanie z osłem, zdobywanie wieży ratusza i "modły" na Piernikowej Alei Gwiazd. Tak, tak "modły". Już tłumaczę. By zrobić poniższe pamiątkowe zdjęcie, wszystkie musiałyśmy dość mocno przyklęknąć na ziemi, tworząc kółeczko. 


Trochę sensacji wzbudziłyśmy widocznie taką pozycją, gdyż pewna starsza Pani pomyślała, że się po prostu modlimy. W końcu Toruń, to siedziba Ojca Dyrektora i pewnie niejednokrotnie podobne sceny mieszkańcy Torunia oglądają. 

Na koniec pokażę wam moje małe skrzyneczki, które podarowałam dziewczynom na tym spotkaniu. Mam nadzieję, że przydadzą się do przechowania drobiazgów, których u rękodzielniczek zapewne jest sporo. 


Zdradzę Wam jeszcze, że Sztab szkoleniowy wyznaczył już  przybliżony termin i miejsce kolejnego szczytu Grupy G8.  Ciekawe jakie atrakcje nam zafundują i jakie tematy kursów wybiorą. Coś tam już w trawie piszczy. Wiem jedno... łatwo nie będzie. 
Tak na poważnie. Dziewczyny bardzo, bardzo Wam dziękuję za ten wspaniały czas, śmiechy, śpiewy i rozmowy. Jesteście nie do podrobienia. To zaszczyt być w tak doborowym, energetycznym  towarzystwie. Życzę Wam i sobie, by mimo upływającego nieubłaganie czasu, nie brakowało nam sił, zdrowia i radości i by wciąż nam się chciało..... 
Do miłego wszystkim. 



















czwartek, 10 października 2019

SAL z Flamingiem.

Jak tu się pozbierać i zmobilizować do działania, kiedy na dworze iście jesienne widoki i to wcale nie te piękne i kolorowe. Za oknem pada i wieje, że nawet nosa nie chce się wystawić na zewnątrz. Słowo się jednak kiedyś rzekło i złamać go nie sposób, bo i nie honorowo i nie w mojej naturze.  Na zabawę hafciarską pod patronatem :

                                                    https://www.coricamo.pl/

zwaną SAL-em, swój akces zgłosiłam i choć czasu niewiele, robótkę do przodu posunęłam ociupinkę.



By dostrzec postępy prac moich, porównawczy kolaż stworzyłam i poniżej zamieściłam.


Banerek do zabawy, by formalnościom zadość uczynić wstawiam.


Kiedy chęci większe i czasu w nadmiarze, takie niewielkie szkatułki zmalowałam, by techniki decoupage nie zapomnieć i co nieco sobie potrenować.








Mistrzostwo świata to nie jest, ale przyjemność wielką praca nad nimi mi sprawiła i ukoić skołatane nerwy pozwoliła.

Tyle póki co moich poczynań rękodzielniczych. Pozdrawiam Was serdecznie i zdrowia w tę słotną pogodę życzę.