29 czerwca 2015

Truskawkowo i naukowo.

Od kilku dni aż mi ślinka cieknie, gdy widzę na niektórych blogach zbiory czereśni. Uwielbiam te owoce, zwłaszcza czerwone. U siebie w ogródku mam też wielkie drzewo takowych i każdego roku zajadałam się nimi bez opamiętania. Są takie słodkie i soczyste. Niestety w tym roku jak nigdy przedtem, musiałam pogodzić się 
z faktem, że nie najem się czereśni. Kiedy pewnego dnia zjawiłam się w ogrodzie na drzewie już ich nie było. Szpaki niczym zgłodniała szarańcza wyjadły dosłownie wszystko, pozostawiając na drzewie zaledwie kilka nadających się do spożycia owoców, a na ziemi całe mnóstwo rozkładających się i podziobanych resztek. Strasznie się tego dnia zeźliłam, ale cóż mogłam poradzić. Ptaki też muszą coś jeść tylko dlaczego nie zostawiły dla mnie choć trochę? Ja zawsze zostawiam im część do spałaszowania. Ot sprawiedliwość. Na szczęście szpaki nie lubią truskawek. Mam całkiem spore poletko 
i od lat uprawiam tylko jedną  odmianę, a mianowicie Senga Senganę. Jest to odmiana dość późna i dopiero teraz nastąpił ich wysyp. Są przesmaczne. Owoce są duże, aromatyczne, słodkie 
i ciemno czerwone. Są też bardzo plenne i odporne na choroby 
i przemarzanie. Zwykle sadze młode krzaczki w dobrze nawiezionej obornikiem ziemi, którą przykrywam agrowłókniną. Dzięki temu nie rosną chwasty, ziemia jest zawsze ciepła i wilgotna, a same owoce czyściutkie.


Wczoraj zebrałam całkiem sporo truskawek. Aż oczy się śmiały na ich widok.



Przetwory więc czas zacząć.  Ponieważ nie jadam ciasta, zwykle większość owoców wyjadamy w stanie surowym, a jak już nam uszami wychodzą, zabieram się za przetwarzanie. Dżemy, konfiturki i moje ulubione musy, które na zimę zamrażam. Jednak najsmaczniejsze są świeże. 


Takie lubię najbardziej. Pychotka. 
Ponieważ jednak truskawki dopiero zaczęły solidnie owocować, 
a dotychczas pogoda była w kratkę i nie zawsze mogłam  wyjść do ogrodu, w wolnym czasie starałam się zrobić coś na zadanie w kolejnym kroku nauki decu u Justynki. Wiecie, że tym razem były to spękania jednoskładnikowe. Nigdy wcześniej tego nie robiłam więc tym bardziej miałam ochotę odrobić lekcję. Nie będzie to nic wielkiego. Wzięłam na tapetę to, czego u ogrodnika nie brakuje. Zwykła ceramiczna doniczka. Pomalowałam ją na jakiś taki niebieski kolor.


Potem nałożyłam cienką warstwę medium do spękań i pomalowałam na kremowy kolor. Tu musicie mi wybaczyć gdyż 
z rozpędu zapomniałam zrobić fotki. Następnie nakleiłam papier decu z motywem bratków. Same spękania wyszły delikatnie. Moje spostrzeżenie. Jeśli chcemy wyraźniejsze spękania to warstwa farby, którą kładziemy na medium powinna być dość gruba. 
W przeciwnym wypadku spękania będą bardzo delikatne lub znikome. 





Na zdjęciach widać wyraźnie, że tam gdzie farby mniej to spękania są delikatniejsze. 
By dodać doniczce troszkę charakteru i ją postarzeć, brzegi lekko przetarłam i popaćkałam patyną.




Ogólnie jestem zadowolona z pierwszej próby dotyczącej spekań. Pracę zgłaszam oczywiście do czwartej lekcji decu. 


Pozdrawiam wszystkich bardzo gorąco z nadzieją, że taka gorąca pogoda wkrótce nas nawiedzi. 











23 czerwca 2015

Buteleczka do jajeczka.

Witajcie kochani. Od kilku dni pogoda nie rozpieszcza. Jest zimno i wciąż pada deszcz. Nie sposób pójść do ogrodu i cieszyć się kwitnącymi roślinami, a przecież rozpoczął się różany sezon. Na szczęście moje róże dopiero otwierają pąki więc deszczyk im nie zaszkodzi. Mam nadzieję, że wkrótce przestanie padać i będę mogła pokazać Wam moją ukochaną różankę. Wykorzystałam jednak te smutne dni i przygotowałam coś na zabawę w kolorki u Danusi, która tym razem wszystkim dała do wiwatu wymyślając dość trudny zestaw kolorystyczny. Żółty i czarny. Długo myślałam co zrobić i jak zrobić. Decopage odpadło, gdyż nie znalazłam odpowiednich serwetek, czy papieru. Poszperałam po swoich skarbach i pomysł powstał szybko. 
Za chwilkę go Wam przedstawię, jednak zacznę od odpowiedzi na Danusiowe pytanie. Żółty kolor czasem lubię, szczególnie latem. Wydaje się być wesołym i radosnym kolorkiem. Mam nawet kilka t-shirtów w tym kolorze. Lubię go w kwitnących kwiatach, choć bez przesady. Jeśli zapytacie z czym kojarzy mi się żółty, 
to bez wahania odpowiem, że pierwsze co przychodzi mi na myśl to....jajko na twardo, na miękko i sadzone, oraz takie maluśkie kurczaczki. Nie wiem dlaczego nie kojarzy mi się ze słońcem 
i latem jak większości z Was. Jedno jest pewne. Uwielbiam jajka w każdej postaci, (no może prawie w każdej), a gdyby tak jeszcze z majonezem to już jest rarytas, któremu nie umiem się oprzeć.





Czyż nie fajnie prezentuje się żółty kolor? Żółty kojarzy mi się też z likierem jajecznym Adwocat. Muszę Wam powiedzieć, 
że był to mój pierwszy trunek alkoholowy,  który wypiłam mając lat ..naście. Lubię od czasu do czasu umoczyć pyszczek 
w tym likierku i lubię też zrobić go sama domowym sposobem. Wymyśliłam sobie komplecik w jajecznym kolorze do tego właśnie likierku.



Znalazłam gdzieś w piwnicy buteleczkę po jakimś trunku 
i pomalowałam ją farbą podkładową


Potem oczywiście kolorem żółtym jak nakazała nam Danusia.


Do dekoracji użyłam kawałków czarnej skóry, którą przykleiłam na klej introligatorski i czarnych guzików przyklejonych klejem na gorąco. Dodałam trochę złotych kropeczek, a wokół szyjki owinęłam czarny bawełniany sznurek. 



Podobnie uczyniłam z kieliszkami, które jakoś nie były używane i przed obróbka wyglądały tak


a tak po



Mam nadzieję, że taki jajeczny komplecik spodoba się Stefankowi, którego już biegnę nakarmić.
 No i jeszcze obowiązkowy banerek


Pozdrawiam Was kochani cieplutko i życzę w końcu iście letniej pogody.