niedziela, 31 stycznia 2016

Jak po imprezie!

Witajcie kochani. Dziś będzie krótko i zwięźle. Miałam już nie brać udziału w części Carvingowej zabawy Danusi. Nie miałam pojęcia co wymyślić i jak to zrobić. Pomyślałam, że nie wolno mi odpuszczać i coś jednak trzeba postanowić. No bo jakże to tak. Nie lubię się poddawać. Przyznam szczerze, że tego typu robótki, dekoracje z czegoś tam, zupełnie mi nie leżą i nie mam do tego cierpliwości, a co najważniejsze umiejętności. Wobec tego, że kokosu nie lubię, nie mam w domu zapasu tych kuleczek rafaello. Postanowiłam zrobić masę do kulek migdałowych, u nas to się nazywa kartofelkami i ją wykorzystać. Z masy ulepiłam kuleczki, nóżki, rączki i uszka wycięłam z szyneczki, a cała reszta "dekoracji" to pisaki lukrowe.   Gdy spojrzałam na swoje "dzieło", tytuł posta możliwy był tylko jeden. 





Nawet Anioł stojąc na straży bezpieczeństwa balujących "zwierzaków", przymknął oczy, bo przecież nie wypada mu oglądać podobnych obrazków.


Nie wiem co na to nasza Danutka powie, ale cóż. Nie każdy potrafi lepić takie chrumki jak Ona. Danusiu przyjmiesz tych delikwentów do zabawy? A może Stefek jest abstynentem i nie przełknie "pijanych" króliczków? 


Teraz zdecydowanie milsza część posta. Kilka dni temu dotarła do mnie paczuszka od MARZENKI. Dziewczyna tak zupełnie bezinteresownie i bez specjalnego powodu postanowiła zrobić mi prezent i przysłała taką oto piękną serwetkę.



                   Marzenko jesteś cudowna. Bardzo, bardzo Ci dziękuję.

To już wszystko na dziś. Czas troszkę się przespać, bo rano zmykam do pracy. Wam, życzę wspaniałej, słonecznej i radosnej niedzieli. 






czwartek, 28 stycznia 2016

Wyplatanki - kolejne podejście.

Witajcie kochani. 
Niby zrobiło się cieplej, ale dziś hula wiatr, że mało głowy nie urywa. Strasznie nie lubię takich zimnych wiatrów. Dobrze, że 
w domku miło i cieplutko. Wiecie, że zaczęłam ostatnio eksperymentować z papierową wikliną. Bardzo podobaj mi się cudeńka, które tu i ówdzie oglądam na Waszych blogach. Podpatruję i podziwiam. Każdą wolną chwilę spędzam na skręcaniu rurek i dochodzę do wniosku, że wciąż brakuje mi wprawy. Czasem to skręcanie całkiem fajnie wychodzi, a czasem rurka mi się nie udaje. Nie wiem od czego to zależy. Może od kąta w jakim układam patyczek, może od gazety? Nie mam zielonego pojęcia. Może potraficie coś podpowiedzieć? Tym razem postanowiłam pomalować rureczki przed wyplataniem. Zrobiłam to zwykła farbą emulsyjną. Rureczki troszkę zesztywniały i trudniej się plotły, ale jakoś szło. 


Nie umiem jeszcze zrobić okrągłego dna z rurek więc nadal posłużyłam się tekturką. Tym razem jednak ozdobiłam je bukietem bratków. Nie wiedziałam też jak przejść do pionu więc tylko podniosłam rurki. Czy jest inny sposób? 

Mój koszyk, jak zobaczycie, ma jeszcze wiele niedociągnięć. Teraz zapamiętam, że łączenie rurek powinno być z tej mniej widocznej strony, rurki powinny być z tej samej gazety, by były równiutkie. Mam nadzieję, że postęp jest widoczny i że następny koszyk będzie już do przyjęcia. Tym razem wyszło jak wyszło. Chyba najładniej wyszedł mi ten rancik wokół przykrywki. 
Oceńcie sami. Chętnie przyjmę uwagi i spostrzeżenia.






Zabieram się za następne rureczki. Co wyplotę tego jeszcze nie wiem. Musze spróbować zmierzyć się z dnem. Wciąż mi to nie wychodzi. Pozdrawiam Was cieplutko i życzę miłego weekendu. Jutro już piąteczek więc pewnie już coś planujecie. 




poniedziałek, 25 stycznia 2016

Puzdereczka małe dwa.

Witajcie kochani. Nie wiem jak Wy, ale ja ostatnie dni czułam się fatalnie. Zmiana pogody kompletnie mi nie służy i migrenowy ból głowy dał o sobie znać z wielką siłą. Po pięknych zimowych dniach, gdzie wszystko iskrzyło się w promieniach słońca, nie zostało już nic. Zrobiło się wilgotno, szato, buro i błotnisto. Wszędzie chlapa 
i plucha. Chociaż zimy nie lubię, to jednak wolę jak jest biało, śnieżnie i mroźno. Panująca teraz aura doprowadza mnie do szału. Tak na prawdę, to nic mi się nie chciało robić, ale siedzenie w fotelu z podkurczonymi nogami to żadne rozwiązanie. Ponieważ nie odrobiłam jeszcze lekcji w nauce decoupage, postanowiłam zająć się tym tematem. Przyznam się bez bicia, że długo zastanawiałam się nad tematem i choć wydawał mi się bardzo ciekawy, to nie miałam na niego pomysłu. Oglądałam wiele stron w internecie
 i wiele filmików przestudiowałam. Nie lubię robić rzeczy, które potem lądują gdzieś w szufladzie, lub stoją niepotrzebne nikomu 
i niczemu nie służą. Na duża rzecz nie chciałam się porywać, bo szkoda byłoby i mojego czasu i materiału, gdyby okazało się, ze temat zbyt skomplikowany. Rozejrzałam się dookoła i znalazłam dwa malutkie puzderka. Znacie zapewne takie. Bywały często 
w naszych domach. Musicie mi wybaczyć, że nie zrobiłam zdjęcia przed rozpoczęciem pracy obu pudełeczkom. To z roztargnienia 
i pośpiechu. Najpierw jednak banerek do zabawy.


Zakupiłam zestaw startowy do złoceń i wzięłam więc na tapetę takie puzdereczko.


Wszystko dokładnie oszlifowałam, bo lakier, którym pomalowane było puzderko, już popękał ze starości. Pomalowałam farba podkładową i nakleiłam malutkie motywy. Zrobiłam je wykorzystując formę do odlewów i pastę strukturalną. Można do tego wykorzystać zwykły gips lub klej termotopliwy. Mnie akurat klej "wyszedł", a gipsu zwyczajnie nie miałam. 
Pasta po stwardnieniu doskonale się sprawdziła.


Dość precyzyjną pracą okazało się naklejanie płatków. Są tak delikatne, że trzeba było sporej wprawy by jakoś całość okleić. Potem pozostało tylko " postarzanie", które zrobiłam zwykłą farbą akrylową i lakierowanie półmatowym lakierem. Efekt końcowy prezentuje się tak.




Drugie puzderko w innym kolorze i kształcie.




Na wykończenie brzegów wykorzystałam kawałki metalicznej, koroneczki w kolorze starego złota. Oba puzdereczka razem. 



Efekt końcowy nawet mnie zadowala. Myślę, że teraz wyglądają o niebo lepiej i jeszcze trochę mi posłużą. Do tematu chyba jeszcze wrócę już w większym rozmiarze. Pomysł jest, tylko musi poczekać troszkę na realizację, ale Wy zobaczycie ją pierwsi. To wszystko kochani na dziś. Życzę Wam pogody i uśmiechu każdego dnia. 











środa, 20 stycznia 2016

Zapuszkowałam się totalnie.

Witajcie kochani. gdyby kiedyś ktoś z Was chciał podnieść sobie adrenalinę, to polecam mecze polskiej reprezentacji w piłce. Nie ważne jest jakiej. Może to być siatkówka, piłka kopana, czy tak zwany szczypiorniak, lub prościej piłka ręczna. Jestem zagorzała kibicką gier zespołowych na poziomie reprezentacji. To co dzisiaj zafundowali nam szczypiorniści, to nic innego jak wielki pokaz umiejętności, woli walki i zespołowego grania. Wielkie święto polskiej piłki ręcznej. Wypada tylko pochylić się i bić brawo tak, 
że ręce spuchną. Oglądam mecze, bo przecież mamy mistrzostwa Europy i trzeba kibicować. Po tych meczach jednak, niestety nie jestem w stanie nic robić. Emocje biorą górę. Dlatego nic nowego nie powstaje, a ja dla "spokojności" zabawiałam się leciutko w decu i to nie jakoś nadzwyczajnie. Ponieważ po świętach nazbierało się, przy pomocy rodzinki, troszkę puszek, miałam możliwość zrealizowania zamówienia na takowe. Kiedyś już robiłam 
i pokazywałam je TUTAJ. Puszek było sporo więc "zapuszkowałam" się całkowicie. Nie mylić proszę z odsiadka! To dość przyjemna i nader uspokajające zajęcie. Puszeczki poleciały już w świat.

                                    Puszki z Hortensjami.


Z Piwoniami


 Z różyczką. Niestety tylko jedna. Wciąż za mało puszek!


Cała drużyna puszek.


Oprócz puszek zachciało mi się przyozdobić z lekka mały koszyczek, który podniszczony trafił do piwnicy, a który teraz służy mi do przechowywania wszelkiego rodzaju próbek kremów.




Ozdobiony koroneczką, która liczy sobie z 80 lat, a która wykonana została własnoręcznie przez moja babcię, jako falbanka do pościeli wyprawowej. Ciekawe ile jeszcze takich staroci znajdę w szufladach? Haft angielski wciąż mnie zachwyca, ale wciąż jest dla mnie nie do ogarnięcia.  Haftować i wycinać te kółeczka........ niemożliwe. Tak w trakcie meczów zwijam rureczki do następnego koszyka, ale zanim go pokażę minie jeszcze troszkę czasu wiec cierpliwości. 
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie.





środa, 13 stycznia 2016

Karteczkowy styczeń, chociaż tyle.

Witam Was kochani. Nie wiem jak Wy, ale mnie powolutku dobija panująca pogoda i mam już jej serdecznie dosyć. Tęskno mi za słońcem i ciepełkiem. Szlak mnie trafia gdy muszę na siebie zakładać tyle ciuchów, które krępują normalne funkcjonowanie. Wrrr nienawidzę tej pory roku. Marzy mi się kwiecień, kiedy za oknem budzi się świat do życia. Sama wtedy mam jakoś więcej energii i zapału. No i zaczyna się ogrodowy sezon, za którym tęsknię najbardziej. Póki co jednak trzeba zająć się czymś konkretnym by nie zwariować. Zdaję sobie tez sprawę, że moje tworzenie różności zwolni tempo, gdy rozpocznie się sezon ogrodowy. Właśnie dlatego nie chciałam zapisywać się do kolejnej zabawy, ktorą ogłosiła Anulka na swoim blogu.  
Ponieważ ja to karteczkowa nie jestem i nie będę chyba nigdy, moje kartki są skromne, ale powstają z tego co mam w domu 
i najważniejsze z tego co mi w duszy gra. Jeszcze pod koniec roku poczyniłam karteczkę na urodziny naszej Gosi. Wiem, że lubi czarny kolor, stąd takie , a nie inne tło. 


Ponieważ w tym tygodniu urodziny miała również Agnieszka, której prace od dawna podziwiam, postanowiłam i dla niej zrobić skromną kartkę. 


Skoro już tak wyszło, że na karteczce znalazły się różyczki, to nie pozostało mi nic innego jak dołączyć w tym miesiącu do zabawy 
u Anulki. Poszperałam jeszcze po kartonach i szufladach. Wygrzebałam co tam miałam i powstała kartka bożonarodzeniowa 
z choinkami.


Gorzej było z jajami. Kartki jakieś stare znalazłam więc powycinałam pisanki. Reszta jak widzicie składa się z różności. Tasiemek, koralików, kwiatków itp pierdółek. 



Skoro udało mi się zrobić te karteczki to chętnie zgłaszam je do zabawy Anulki, ciesząc się ogromnie, ze chociaż ten miesiąc zaliczę, bo tak naprawdę nie chciałabym jej zawieźć i nic nie zrobić w tym temacie. Co będzie dalej czas pokaże. 
Jeszcze kolaż zgłoszonych karteczek i banerek. 



Poza tym chcę wszystkim bardzo gorąco podziękować za wspaniałe komentarze pod moim ostatnim koszyczkowym postem. Jesteście fenomenalni. Daliście mi porządnego kopa. Rureczki się skręcają po troszku i niebawem coś tam znowu uplotę w nadziei, że tym razem będzie już lepiej i równiej. 
Pozdrawiam Was serdecznie i cieplutko.








niedziela, 10 stycznia 2016

Debiutancki koszyk z papierowych rurek.

Witajcie kochani. Jakoś tak w tym nowym roku nie mogę się ogarnąć. Czasu mam chyba jeszcze mniej, albo po prostu nie umiem się zorganizować. Tym bardziej podziwiam wszystkich, którzy  swoimi pracami wciąż zaskakują. Jak widzę tworzą się nowości 
i zabieracie się za nowe techniki. Czasem aż szczęka mi opada gdy patrzę na Wasze dzieła. Mnie również zachciało się popróbować czegoś nowego. Od chcenia do realizacji jednak długa droga. Poszperałam po Waszych blogach, popatrzyłam w necie. Zauroczyłam się pracami ILONKI, która perfekcyjnie wyplata wszystko z papierowej wikliny, obejrzałam  wspaniałe koszyki Ewuni, znakomite wyplatanki Danusi i wiele innych. Przyznam, 
że pozazdrościłam i postanowiłam sama spróbować , by kiedyś nie żałować, ze nawet nie spróbowałam. Taka już jestem, że muszę wiedzieć co i jak się robi. Najwyżej stwierdzę, ze czegoś nie umiem, do czegoś się nie nadaję, lub to coś nie jest dla mnie. Wzięłam się więc za papierowa wiklinę. No tak, tylko jak te rurki się skręca? Całe dwa dni straciłam przeszukując neta, by znaleźć prosty i dobry sposób. Zniszczyłam sporo papieru, by jakoś te rureczki poskręcać. Początkowo szło koszmarnie, aż w końcu połapałam się co i jak. Kręciłam i kręciłam, aż paluchy bolały. Pewnie się śmiejecie, bo Wy temat wikliny macie już dawno opanowany, a ja to nowicjuszka jestem i ta technika to dla mnie czarna magia, ale cóż kiedyś trzeba zacząć. Zaczynamy więc.
Mój koszyk ma wymiary 20x30 cm. Jak widzicie dno, to kartonowa podstawa. Pomyślałam, że na początek tak będzie łatwiej.


No to plotę. Kurcze nie jest łatwo. Nie wiem czy rurki nie są za sztywne. 


No i wyplotłam. Teraz widzę, że nie wszystko jest idealnie.



Uciekły mi narożniki, i góra trochę krzywa. No nic. Wzięłam pędzel i pomalowałam sobie ten koszyczek.
Dorobiłam też raczki z patyków, które przywiązałam konopnym sznurkiem. Po pomalowaniu wyszły jednak wszystkie niedoskonałości i nierówności. Rany co to jest? Rurki osnowy straciły pion, sa jakieś szpary i miejscami widać, że niektóre rurki są grubsze od pozostałych. 


Z pomocą mojej kochanej mamci ubrałam koszyczek w płócienną koszulkę i ozdobiłam serduszkiem. Troszkę zamaskowałam w ten sposób niedoskonałości. 





Kochane dziewczątka w związku z tym, ze spodobała mi się to wyplatanie i mam zamiar kontynuować zmagania z rurkami, proszę was o uwagi i pomóżcie  zgłębić tajniki perfekcyjnego wyplatania. 
Wiem, że muszę sporo popracować. Pytanie zasadnicze. Czy malować rurki przed wyplataniem? Widziałam u Was, ze chyba malujecie przed, ale czy wtedy rurki nie są za sztywne? No i czym malujecie?
Mój koszyczek zgłaszam na zabawę w Cykliczne kolorki , która ogłosiła Danusia TUTAJ 


Osobiście biały kolor uwielbiam. Jest taki czysty. Lubię go w ciuchach i przedmiotach użytkowych. Lubię białą porcelanę 
i meble. W zasadzie wszystko może być białe z wyjątkiem ścian, które źle mi się kojarzą. 
Czekam kochane na Wasze komentarze i uwagi. 
Pozdrawiam Was cieplutko i serdecznie. 







sobota, 2 stycznia 2016

Spiący czy jednak nie?

Witajcie kochani w ten pierwszy dzień Nowego Roku. Wierzę, że świętowaliście wczoraj do białego rana i nie musieliście się leczyć dziś z nadmiary spożywanych trunków. Mieliście cały dzień na odpoczynek a i kolejne dni leniuchowania przed Wami. Tylko takie dziwadła jak ja rozpoczynają rok od ciężkiej zawodowej pracy. Cóż, czasem tak jest, że ktoś musi pracować, by bawić mógł się ktoś.
 W ostatnim dniu minionego już roku postanowiłam zrobić sobie spacer do ogrodu. Tak, tak do ogrodu. Wiem, że miało być na tym blogu ogrodowo, a zrobiło się bardziej rękodzielniczo. Obiecuję, że jednak od czasu do czasu będzie typowo ogrodowo. O tej porze w ogrodzie jest smutno i dość ponuro, ale jednak udało mi się znaleźć kilka interesujących widoczków. Mimo, że mroźno na dworze 
i woda w oczku delikatnie skuta lodem, to niektóre rośliny jakby
 o tym zapomniały i w ogóle się tym mrozikiem nie przejmowały. Inne z lekka oszronione wyglądają jakby były posypane cukrem pudrem. Właśnie takie anomalia są w moim ogrodzie. W różnych miejscach inny mikroklimat. Sami zobaczcie jak to wyglądało.

Ognik wciąż pięknie czaruje swymi kolorami choć listki delikatnie są oszronione



 Część wrzosowiska już typowo zimowa



Jednak w zacisznym miejscu, gdzie słońce operuje przez większą część dnia....




Owoce kaliny nie zmarzły jeszcze. Wciąż czekają na ptaki. 


Hortensja powoli traci płatki, lecz jeszcze wygląda uroczo. 


Piórkówka rozłożyła już swoje kłosy, a liatra systematycznie traci swoje grube kolby.


Drobne listki bukszpanu i płożącego jałowca ....oprószone cukrem? 



Na oczku mróz maluje geometryczne wzory.





A na pniaku  po starej czereśni wyrosły takie małe rudzielce.




Tylko biedna biedronka przymarzła do zasuszonego kwiatu Rodgersji. 


Widać nie zdążyła w porę odfrunąć. 

Ogród wciaż się zmienia. Wciąż zachodzą w nim niewielkie zmiany. Czy otuli go biały puch? Czy dane mi będzie podziwiać go pod władaniem zimy? Zobaczymy.