środa, 18 lutego 2015

Mój kartonik po butach.

Witajcie kochani. Dzisiaj szybciutko i króciutko. Remont pochłania cały mój czas i wszystkie moje siły. Zdążyłam zajrzeć 
tu i ówdzie i stwierdziłam, że imię dla żabci jest wspaniałe. Stefanek jest przeuroczy. Robicie przecudne drobiazgi. Chciałoby się mieć je wszystkie. Żebyście jednak nie myślały, że zupełnie nic nie działam, tylko remont i remont, chcę Wam pokazać moje kolejne próby decu. Zainspirowana Ewuni pomysłem postanowiłam upiększyć sobie pudełko po butach. Ewunia ma rację, że jak nie wyjdzie to wyrzucić nie szkoda, a ćwiczyć na takim materiale da się znakomicie. Wciąż nie do końca jestem uszczęśliwiona wynikami, ale zaczynam w końcu łapać o co chodzi z tym decoupage. Mam jeszcze sporo kartoników
 w piwniczce 
i zamierzam je wszystkie udekorować w jakiś sposób. Hehehe, ale będzie kolorowo. Tu kokardki, tam koraliki, a jeszcze w innym będą torebeczki na prezenty. Fajnie co? No dobrze, ale pora robi się późna a ja padnięta jestem okrutnie. Poogladajcie sobie 
i wystawcie mi ocenę i zgłoście uwagi. Wszystkie przyjmę 
z pokorą. 



 Trochę pomazałam prawie suchą gąbeczką  szarym kolorkiem
 i lekko przyróżowiłam.


 Pokropiłam też ciemniejszym różem i chyba ciut przesadziłam. Zawsze chcę więcej i więcej a zwykle jest tak, że co za dużo to niezdrowo.




















Jeszcze kilka kartoników i chyba będzie dobrze.

Pozwólcie, że ten kartonik zgłoszę do wyzwania u Ali.



Robię coś jeszcze, ale tym pochwalę się trochę później.  Teraz zmykam już i pozdrawiam Was wszystkich bardzo serdecznie.


czwartek, 12 lutego 2015

Pączkożercy się zjechali.


Witajcie moi mili.
 Według staropolskiego przysłowia:"Powiedział Bartek, że dziś tłusty czwartek", podejrzewam, że wszyscy dziś objadali się pączkami. Przyznajcie się ileż to tych słodkich pyszności spałaszowaliście? Kilka? A może żadnego? W moim rodzinnym domu jak tylko sięgam pamięcią, zawsze były pączki. Według jednego z przesądów, jeśli ktoś w tłusty czwartek nie zje ani jednego pączka, to w dalszym życiu nie będzie mu się wiodło. Wierząc w to czy nie, pączki w dużej ilości pieczemy z mamą według starego przepisu. Ciasto sobie rośnie w ciepłym miejscu a potem kulamy paczki,  od razu nadziewając je  konfiturą i znowu pozostawiamy do wyrośnięcia












Potem następuje chyba najcięższa praca, Stanie nad rozgrzanym garnkiem i smażenie tych słodkich kulek. Rany jak było gorąco, ale co tam, czego się nie robi dla rodzinnej tradycji.


Tak wyglądały po mojej stójce nad garnkiem i babci "lakierowaniu"



Pączki nadziewane są przeróżnymi konfiturami, choć ulubiona rodzinna, to ta z czarnej porzeczki lub wiśni. Kiedy dzieciaki miały po kilka lat, do kilkunastu pączków wkładałyśmy niespodzianki owinięte w folię do pieczenia. To dopiero było. Każdy z dzieciaków chciał trafić na niespodziankę więc z zapałem zjadali pączek po pączku. To było coś w rodzaju kinder niespodzianki stosowanej dziś w czekoladowych jajeczkach. Lata minęły, lecz tradycja pączkowego święta wciąż kwitnie i jak niegdyś, kto żyw stawił się na pączkowe szaleństwo u babci. Jest to kolejna okazja do rodzinnego spotkania i poprostu pobycia ze sobą, bo przecież tak mało mamy okazji spotkań w szerszym rodzinnym gronie. Musicie uwierzyć na słowo, że babcine pączki są najlepsze na świecie. Puszyste, słodkie kuleczki szybko znikają z talerzy, a mnie taka rymowanka zaświtała w głowie


        Tradycyjnie dziś do babci, pączkożercy się zjechali! 
Starsi, młodsi, duzi, mali, zgodnie pączki pożerali.
Nikt kalorii dziś nie liczył,
każdy pączków "X" wpierniczył,
by się lepiej wślizgiwały dobrym winkiem popijali.
Nagrzeszyli dziś Paterki,
każdy z nich miał brzuszek wielki,
ale co tam, czwartek taki,
że wypada jeść przysmaki!

Osobiście zakończyłam dzień popijając miętowa herbatkę. Nie, nie. Nie dlatego, że brzuch bolał po obżarstwie. Ot tak czasem lubię. Zmykam popatrzeć jeszcze na Wasze cudeńka. Dobrej nocki życzę i szczęsliwego trzynastego w  piątek.  
                                  


poniedziałek, 2 lutego 2015

Urzekający wilczomlecz.

Witajcie kochani.  Wciąż brakuje mi czasu. To za sprawą przygotowań do  remontu kuchni i przedpokoju. Uzgadnianie projektu, poszukiwanie armatury, sprzętu, lamp, podłóg, a nawet takich drobiazgów jak uchwyty czy haczyki zdominowało całe moje życie. Nawet nie sądziłam, że tak bardzo te przygotowania mnie pochłoną i że to będzie dość przyjemne, a zarazem trudne. Ogromna oferta sklepów nie ułatwia wyborów. Dzisiaj podpisałam umowę z wykonawcą mebli więc postanowiłam odpocząć troszeczkę od tych kuchennych wariacji i jak zwykle myśli poszybowały do ogrodu. Czas najwyższy zaplanować wiosenne prace, nasadzenia i pomyśleć o sadzonkach kwiatów jednorocznych. Przeglądając w markecie ogrodniczym nasiona kwiatów znowu doznałam oszołomienia. Jezuśku tyle tego a ja chcę wszystkie! Tak się nie da, bo mój ogród nie powala metrażem. Jednak co nie co zakupiłam i na pierwszy ogień pójdą sadzonki pelargoni rabatowej. Mam nadzieję, że się udadzą. Jak mi poszło postaram się opisać w kolejnych postach. Wśród przeglądanych nasion wpadły mi w oko nasiona Wilczomlecza złocistego czy pstrego, jak kto woli. 


Mam tę krzewinkę u siebie w ogrodzie, jednak nigdy nie próbowałam rozmnażać jej z nasion. Zwykle pobierałam jakiś boczny odrost, lub dzieliłam starsze egzemplarze.  

Wilczomlecz jest byliną, która od początku mnie urzekła. W Polsce w naturalnym środowisku występuje bardzo rzadko i jest gatunkiem ściśle chronionym. Tworzy  bardzo regularne kuliste kępy wzniesionych pędów, które osiągają 40-50 cm wysokości i około 60 cm szerokości. Jest rośliną lubiącą dużo światła, choć w miejscu lekko zacienionym również sobie wspaniale radzi. Lubi też suchą, dobrze zdrenowaną, piaszczystą glebę. Nie znosi zalewania i nadmiaru wody. Lepiej więc nie podlewać jej za dużo. Wilczomlecz jest całkowicie odporny na mróz i choć czasem uda mu się przemarznąć, odbija wiosną z pączków, które pojawiają się tuż na powierzchni ziemi. Urzekające są żółto seledynowe kwiaty, pojawiające się już w kwietniu. Ich kolor jest bardzo intensywny i iście wiosenny.



 Z biegiem czasu kwiaty zmieniają swój kolor na zielono - pomarańczowy, aż w końcu cała roślina pozostaje zielona do późnej jesieni. Kwiaty tej rośliny przywabiają owady i są przez nie chętnie odwiedzane więc tym bardziej warto mieć ją w swoim ogrodzie. Wilczomlecz wspaniale rośnie w towarzystwie lawendy, kocimiętki czy niebieskich irysów, a dopełnieniem jego wiosennego uroku mogą być żółte tulipany. Wierzcie mi na słowo, bo zdjęć takich nie mam, wygląda bajecznie.  Ta piękna bylina jest jednak dość zdradliwa. Wszystkie jej części, kwiaty, liście i łodygi po przełamaniu wydzielają bardzo trujący sok mleczny, który działa drażniąco na skórę i może wywoływać alergie. Trzeba więc uważać na dzieci i zwierzęta. Mam nadzieję, że Wasi ulubieńcy nie lubią podgryzać roślin. 


Polecam Wam te roślinę jeśli jeszcze nie macie jej w swoich ogrodach. Jest mało wymagająca i nie potrzebuje specjalnej troski. Już nie mogę się doczekać widoku tych urzekających wiosennych kwiatów. Znikam teraz kochani pooglądać Wasze prześliczne prace. Szkoda, że brakuje mi trochę czasu, by spróbować swoich sił w zabawach w kolorki u Danusi, czy innych wyzwaniach. Może kiedyś.  Pozdrawiam wszystkich bardzo cieplutko.